Skip to main content
Porady

Co matka robi, kiedy ma wolną sobotę? Sprząta

 

 

Czy wy też tak macie, czy tylko mnie to dopadło? Co za durna ja! Zamiast korzystać z danej mi chwili wolności, zamiast ogarnąć paznokcie i wziąć się za siebie w końcu, to zaczęłam ogarniać mieszkanie. Bo przecież mieszkanie, to ja!

 

No więc stało się to w ostatnią sobotę. Wszyscy wybyli do kina. Beze mnie, bo mnie kreskówki na dużym ekranie wyjątkowo mało kręcą, niestety. Na szczęście mąż lubi, więc już dawno zostało ustalone, że to on dziatwę zabiera do kina.

Wychowanie

Czy istnieją brzydkie dzieci?

 

Pamiętacie swoje podejście do obcych dzieci, zanim sami zostaliście rodzicami? Ja niestety pamiętam, zwłaszcza jedną sytuację i przysięgam, że najlepiej wyrzuciłabym to z mojej pamięci na zawsze. Ze wstydu….

Zdrowie

Kiedy do logopedy? Obalamy mity.



Rodzice i opiekunowie dzieci często zastanawiają się nad tym, czy ich dziecko rozwija się prawidłowo. W tym celu konsultują się z rodziną, znajomymi mającymi dzieci w podobnym wieku, a czasem szukają odpowiedzi na formach internetowych. 

O ile kwestie związane z rozwojem fizycznym dziecka łatwiej jest zweryfikować, ponieważ wizyty u lekarzy są wpisane w opiekę nad nim, to obszar związany z rozwojem mowy nie jest już taki jednoznaczny. Niestety, większość najczęściej powtarzających się wypowiedzi, to szkodliwe mity.

Emigracja zabiła nasz związek

Emigracja zabiła nasz związek

 

 

Dlaczego na emigracji trudniej jest nam wytrzymać w związku? Czy odległość od rodzinnego gniazda ma wpływ na naszą relację z najbliższą nam osobą?

Wyjeżdżamy. Przychodzi taki dzień, kiedy podejmujemy decyzję o wyjeździe z Polski. Być może nasz mąż, czy partner namawiał nas do tego od dawna, ale coś nas blokowało. Bałyśmy się, że sobie nie poradzimy, że dziecko nasze dziecko nie odnajdzie się w nowej szkole. Wszystko wydawało się problemem nie do pokonania. Aż przyszedł właściwy moment. Zapada decyzja: albo jedziemy teraz, albo już nigdy. Nie będziemy przecież emigrować i zaczynać życia od nowa na starość, prawda?

Jeśli nie teraz, to kiedy?

Mąż nas przekonał perspektywą lepszej pracy. Mówił o znajomych, którzy wyjechali pół roku temu, a już mają domek z ogródkiem i samochód. No, to jest coś! Dorobić się w tak szybkim czasie. Wow! Zaczyna nam to imponować, oczy nam się świecą ze szczęścia i już nic nie stoi na przeszkodzie. Jest decyzja, jest dobrze. Nasza mama, co prawda nie do końca akceptuje wyjazd i rozłąkę z wnukami, ale czego nie robi się dla lepszej przyszłości. Przecież wierzymy, że tam, na emigracji spotka nas tylko szczęście i bogactwo.

 

O, Boże! Jedźmy! Natychmiast. Już! Nie ma na co czekać.

Kupujemy bilety i w drogę.

Na miejscu zwykle wita nas na dzień dobry deszczowa pogoda i wiatr, który smaga po twarzy otrząsając nas z euforii. No cóż, do pogody na wyspach trzeba się szybko przyzwyczaić. To nie Kalifornia. Ale co tam, zakasujemy rękawy i budujemy powoli nasz nowy domek z kart na tej obcej ziemi. Mąż szybko znajduje pracę na budowie, jeśli ma szczęście, pierwsze pieniądze wpływają na nowe konto już po tygodniu. Najpierw wynajmujemy pokój u znajomych Polaków, ale z czasem dorabiamy się własnego flatu. Mamy swoje szczęście. Dzieci idą do szkoły, tej wyczekanej, angielskiej. Z podziwem patrzymy na to, jak szybko zaczynają mówić w obcym-nie obcym już dla nich języku.

Jesteśmy szczęśliwi. Do Polski jedziemy na wakacje, żeby się pochwalić, pokazać, zachęcić być może siostrę, czy brata, który nadal waha się nad emigracją.

- Patrz, nam się udało! – mówimy wznosząc toast przy rodzinnym stole.

A potem wracamy do siebie i od nowa zaczynamy nasz codzienny „kierat”. Praca, dom, odrabianie lekcji, zakupy w supermarkecie w weekend.

I nawet nie zauważamy, kiedy mąż zaczyna coraz później wracać z budowy, coraz częściej nie pasuje mu smak naszych kotletów. Narzeka na dom, że za ciasny. Narzeka na nas, że wcale go nie zauważamy i że kiedyś było inaczej.

- Wiesz, kiedy byliśmy najszczęśliwsi? – pyta pewnego wieczoru – Wtedy kiedy nic nie mieliśmy. Ale mieliśmy siebie. A teraz mamy wszystko, ale brakuje nam czasu dla nas.

Zaczynamy się buntować, kłócić, że to nie tak. Że przecież to wszystko dla nas, dla naszej rodziny, dla naszego szczęścia.

I któregoś dnia koleżanka, która mieszka na tym samym osiedlu mówi, że widziała go, jak był na zakupach z jakąś obcą kobieta.

- Nie, to na pewno nie był mój mąż, coś ci się pomyliło – przekonujemy ją.

Nie wierzymy jej, ale zaczynamy mu się przyglądać. Faktycznie, stał się jakiś inny. Może jest przemęczony? Może trzeba poświęcić mu więcej czasu?

No więc przygotowujemy kolację, pięknie nakrywamy stół, a dzieci kładziemy tego dnia wcześniej spać. Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane.

A potem okazuje się, że zamiast romantycznej kolacji, zrobiła się  kolacja pożegnalna.

Bo on musi nabrać dystansu, zastanowić się, bo on potrzebuje czasu.

- A co z dziećmi? – pyta zaskoczona żona i matka.

- O to się nie martw – odpowiada szybko – Będę je regularnie odwiedzał. Alimenty też będę płacił. Na głowę przecież nie upadłem.

I tak, w jednej chwili rozpada się nasz domek z kart, który z taką precyzją i radością układaliśmy.

Można jeszcze walczyć, uderzać głową w mur. Tylko po co?

Dzwonimy do Polski, do mamy, która mówi nam: A nie mówiłam, że tak to się skończy? Po co było wyjeżdżać?

I już nic nie wiemy. Nic nie jest takie jak było. Świat się wali i trzeba jakoś to przetrwać. Żyć dalej. Dla dzieci, dla nadziei, dla lepszego jutra.

I zastanawiamy się czasem, czy to wszystko wina emigracji? A może w Polsce ten związek też by się rozpadł? Czy to w ogóle ma jakieś znaczenie?

Jedno jest pewne, żyć trzeba dalej. I pchać ten wózek pełen problemów. Z czasem kłopotów ubędzie, pojawią się inne. Ale my już wtedy będziemy silniejsi.

Damy radę!

 

 

 

Małgorzata Mroczkowska

www.mumsfromlondon.com

Add new comment

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and email addresses turn into links automatically.
The subscriber's email address.