Skip to main content
Rodzinka UK

Co zaskoczyło mnie najbardziej na basenie w UK

 

Od razu zaznaczmy, że chodzi mi o basen osiedlowy, a właściwie otwarty brodzik dla dzieciaków. Takie baseniki, zwane potocznie paddling pool są bardzo popularne, zwłaszcza latem. Jest co prawda płytki, ale dzięki temu mogą bezpiecznie z niego korzystać nawet małe dzieci. I jest bezpłatny, co nie jest bez znaczenia w drogim Londynie.

Zdrowie

Haluksy – jak je leczyć i jak zapobiegać?

 

Codziennie od wielu lat przyjmuję w gabinecie pacjentów – w większości kobiety a w ostatnich latach coraz więcej dzieci i nastolatek. Tak, tak nie pomyliłem się, dzieci – dziewczynki gdzie zaczyna się lub już jest problem haluksów.

Rodzinka UK

Wakacje w Polsce najlepsze pod słońcem

 

Zwykle o tej porze roku Facebook zapełnia się zdjęciami znajomych wyruszających w długą podróż do Polski. W Wielkiej Brytanii rok szkolny trwa do 21 lipca i dopiero w drugiej połowie tego miesiąca dzieci mogą jechać na wakacje.

Od lat obserwuję życie Polonii na Wyspach. I od lat dochodzę do tego samego wniosku: wszyscy Polacy to jedna rodzina. A rodzina, jak wiadomo trzyma się razem. Możemy żyć na drugim końcu świata, możemy zarabiać tam duże, albo małe pieniądze, ale i tak najlepiej czujemy się w swoim kraju.

Rodzinka UK

Prezenty dla nauczycieli na koniec roku

 

 

Stara to i piękna tradycja, nie tylko w narodzie polskim, ale i w brytyjskim, że na koniec roku wypada nauczycielom i ich asystentom podziękować za cały rok ciężkiej pracy. Nie zapominajmy, że przecież pracowali z naszymi dziećmi i sami wiemy najlepiej, że nie jest to zadanie ani łatwe, ani przyjemne. Co dać nauczycielowi na koniec roku?

Pytanie to nurtuje każdego rodzica. W Polsce, przynajmniej za moich czasów szkolnych nauczycielom kupowało się kwiaty. Nikt wtedy nie dawał kartek, ani prezentów. Czasy jednak się zmieniły.

Polska przychodnia w UK zamknięta w atmosferze skandalu. Co z dokumentacją pacjentów?

Polska przychodnia w UK zamknięta w atmosferze skandalu. Co z dokumentacją pacjentów?

Wracamy do kontrowersyjnego tematu zamknięcia bardzo popularnej również wśród naszych Czytelników Zielonej Przychodni, zwanej też Green Surgery, która miała swoje oddziały w Londynie, Bristolu i Machesterze.

Jak wiadomo całą spółką zarządzała doktor Krystyna Tajchman, która pracowała w przychodni również jako lekarz ginekolog. Na stanowiskach kierowników i menadżerów przychodni zatrudnieni byli również mąż lekarki oraz jej dwaj synowie.

Nie jest jasne, co doprowadziło do bankructwa firmy. Jedno jest pewne, że przychodnia zanim została zamknięta pracowała na pełnych obrotach. Pacjenci licznie odwiedzali lekarzy zatrudnionych w przychodni, którzy cieszyli się dobrą opinią. Niewiele osób wie, że lekarze, pielęgniarki, laborantki oraz inni pracownicy przychodni przez wiele miesięcy pracowali za darmo. Wypłaty przestały wpływać na ich konto, a właściciele przychodni tłumaczyli to inwestowaniem w rozwój firmy i kazali pracownikom cierpliwie czekać na wynagrodzenie. Dla zamydlenia oczu wysyłali ich w zamian za to na kosztowne szkolenia do Polski, za które płaciła przychodnia. Wygląda na to, że szefom zależało na tym, aby jak najdłużej udawać, że wszystko jest w porządku.

W październiku 2016 w ciągu jednej nocy potajemnie i bez poinformowania o tym pracowników oddział w Manchesterze został zamknięty. Sprzęt lekarski został zapakowany do samochodów czekających na parkingu, a spółka ogłosiła upadłość. Przy okazji okazało się, że właściciele od wielu miesięcy nie tylko nie wypłacali pensji swoim pracownikom, ale również nie opłacali czynszu za wynajmowane lokale. Syndyk masy upadłościowej oszacował zadłużenie na wysokość 400 tysięcy funtów. Do dnia dzisiejszego, jak poinformowała nas anonimowa była pracownica Green Surgery menadżerowie przychodni nie rozwiązali umów o pracę z żadnym pracownikiem. Nikomu nie wypłacili zaległych pensji, które opiewają w przypadku każdego pracownika na kilka tysięcy funtów. Ludzie, którzy pracowali sumiennie i uczciwie i do samego końca wierzyli swoim szefom z dnia na dzień zostali bez środków do życia. Jak można się domyślić sytuacja ta doprowadziła wiele osób na skraj wytrzymałości psychicznej. W jednym przypadku zakończyło się to nawet odebraniem sobie życia. Niestety, do dnia dzisiejszego nikt z kierownictwa przychodni nie poczuwa się do odpowiedzialności za tę tragedię. Nikt z pracowników nie został przeproszony za to, co się stało. Nikt nie otrzymał odszkodowania, ani zadośćuczynienia za stracony czas.

Cała ta sprawa stawia w bardzo niekorzystnym świetle wszystkie polskie przychodnie działające na terenie Wielkiej Brytanii. Jedna lekarka, do której pacjenci stracili zaufanie dała wszystkim wiele do myślenia. Bo skoro naciągała pacjentki na niepotrzebne badania, zmuszała je wręcz do poddawania się bardzo drogim zabiegom, to czy inni lekarze nie pójdą jej śladem? Przyjrzyjmy się, jak wyglądała taka naciągana mocno wizyta.

Zaniepokojona swoim zdrowiem pacjentka, która niekoniecznie mówi płynnie po angielsku idzie do polskiej ginekolog, jak do ostatniej deski ratunku. Lekarka, wyczuwa, że kobieta boi się wyniku badania, przeczuwa, że może być coś nie tak z jej zdrowiem. Błahe zapalenie lekarka interpretuje jako stan wręcz przedrakowy, który wymaga natychmiastowej ingerencji, oczywiście tylko w jej gabinecie, bo przecież angielscy lekarze to konowały, i nic nie potrafią. I tak, minuta po minucie przerażenie na twarzy pacjentki rośnie, pani doktor zaś jest zachwycona, bo już wie, że pacjentka zapłaci każde pieniądze, byle tylko usłyszeć, że będzie zdrowa. A przecież zdrowie kosztuje. Pani doktor proponuje więc badanie, które jest niezbędne i które może wykonać natychmiast w pokoju obok na super nowoczesnej maszynie. Pacjentka zgadza się, bo nie ma innego wyjścia. I tak z wizyty, która jak informuje strona w internecie miała ją kosztować 80 funtów wychodzi o 300 funtów lżejsza, bo tyle w sumie wynosił koszt wszystkich, „niezbędnych” badań.

Jedna z takich pacjentek poszła po rozum do głowy i skonsultowała się, mimo ostrzeżeń polskiej ginekolog z brytyjskim lekarzem z NHS. Okazało się, że pacjentce wmówiono nieistniejącego guza i chorobę, która nie wymagała aż tak kosztownych badań. Wystarczyło przepisać krem przeciwzapalny w cenie ośmiu (!) funtów.

To właśnie pacjentki, które poczuły się oszukane przez polską ginekolog i nabite w butelkę postanowiły zgłosić na nią oficjalną skargę do brytyjskiej izby lekarskiej i w ten sposób udało im się odzyskać kwotę zainkasowaną przez lekarkę lekką ręką. Ile jednak jest takich przypadków? Jak wiele kobiet miało odwagę cywilną, by wrócić do wygadanej ginekolog, by zwrócić jej uwagę i zawalczyć o swoje? Czy jest wiele kobiet, którym niepotrzebnie wypaliła nadżerki, których być może nawet nigdy nie miały? Czy jest szansa na to, byśmy się tego kiedykolwiek dowiedzieli? I czy jest możliwość zablokowania dalszego prowadzenia tego typu nadużyć przez lekarzy? Jako pacjenci czujemy się oszukani i wykorzystani. Ktoś, kto powinien być osobą godną zaufania, wystawił nas do wiatru.

I na koniec jeszcze jedna uwaga, a właściwie pytanie: co stało się z dokumentacją medyczną pacjentów? Czy została ona odpowiednio zabezpieczona? Skoro przychodnia padła z dnia na dzień, to co mają robić pacjenci, których leczenie było tam prowadzone? Co z danymi osobowymi tych ludzi?

Pani doktor podobno pracuje już w kolejnej klinice, do której została przyjęta w zamian za przekazanie im bazy danych pacjentów, których wcześniej leczyła. Ktoś nas przehandlował i dlatego wielu z nas dostaje SMS-sy dziwnej treści zachęcające nas do leczenia ze zniżką w polskiej przychodni. Pytanie tylko, skąd oni mają nasze numery telefonów?

Oby takich lekarzy i takich przychodni było jak najmniej.

Informacje na temat nadużyć dr. Tajchman można znaleźć na stronie brytyjskiego informatora medycznego: The BMJ (British Medical Journal) is an international peer reviewed medical journal and a fully “online first” publication. The BMJ’s vision is to be the world’s most influential and widely read medical journal.

"A gynaecologist who worked in private practice at the UK’s largest Polish speaking clinic has been struck off for recklessness and dishonesty.

Krystyna Tajchman, who qualified in Poznan in 1980, faced charges relating to the treatment of two patients at the Green Surgery in Greenwich, southeast London. She did not attend her hearing at the Medical Practitioners Tribunal Service in Manchester.

Tajchman was found to have performed two procedures on “patient A” that were not clinically indicated: a cervical cauterisation in 2011 and a colposcopy in 2013. In neither case did she perform a proper examination."

link do tekstu: http://www.bmj.com/content/358/bmj.j3563

 

Add new comment

Plain text

  • No HTML tags allowed.
  • Lines and paragraphs break automatically.
  • Web page addresses and email addresses turn into links automatically.
The subscriber's email address.